RSS
sobota, 31 lipca 2010
Tutti Frutti i zapach betonu

Pot. Łzy. Twardy beton. Emeryci, wyprzedzający cię z głośnym *beep beep*. Za ciasne bokserki. Tak. Bieganie to srs business. Takie napięcie wytrzymują tylko najlepsi, większość z tych, którzy porwali się z podniesionym czołem na własną kondycję kończy przy krawężniku, ssąc zimny metal kratki kanalizacyjnej. A to dopiero 1,5km... Yep moi (Mio) (:3) drodzy, dziś Charles i ja poszliśmy biegać. Cała operacja zaczęła się już wczoraj, gdy wyżej wymieniony zakupił specjalne buto-skarpetki, rodem z Mirrors Edge i gdyby nie fakt, że dziś jednak wyrwał mnie koło 5.00 z łóżka to prawdopodobnie wciąż śniłyby mi się french maids. Ale nikt nie mówił, że życie prawdziwego mężczyzny to naleśniki i trzepaczka do jajek.

Mówiąc krótko i niezbyt obficie, było okrutnie ale tbh jestem pewien, że dalibyśmy radę nawet dwóm kilometrom. Nasza forma przerosła oczekiwania, specjalne procesy treningowe, którym poddaliśmy się w trakcie przygotowań do tego występu nie poszły na marne. Nagrodą za ten wysiłek było cudowne uczucie, jakie towarzyszy każdemu kto w jakiś sposób walczy z samym sobą oraz widok słońca nad taflą morza o 5.30. Go get it.

No dobrze. Tyle optymizmu. Niestety świat nie oscyluje li tylko wokół rzeczy miłych. Onemanga.com odeszło, w zasadzie wciąż dogorywa. Bezwzględny twór jaki tworzą Wydawcy zaatakował ze znaną sobie bezwzględnością i doprowadził tę mekkę wszystkich miłośników mangi do upadku. Prawdopodobnie gdy w poniedziałek wstukacie swymi zgrabnymi paluszkami hasło 'onemanga.com' w okienko adresowe wyszukiwarki, przywita was... nicość. Naturalnie istnieją inne serwisy pozwalające na delektowanie się jednym z najlepszych towarów eksportowych Nipponlandu, lecz Onemanga było czymś więcej. To atmosfera, którą trudno ubrać w słowa i nawet tak biegły w tej sztuce wirtuoz (ja) musi zaakceptować swą niemoc. Farewell.

To w zasadzie wszystko. Jest jeszcze conajmniej jedna rzecz, o której chciałbym napisać ale zauważyłem jakiś czas temu, iż utrzymywanie niektórych planów w tajemnicy ma korzystny wpływ na ich realizację. Dlatego też pozostaje mi zamilknąć i ruszyć do kuchni, by zrobić sobie kawę. YACK!

Ah, byłbym zapomniał. Chciałbym podsunąć wam wybitnego artystę, który być może zmieni wasze życie tak jak zmienił moje. Without further ado, TOMASZ NIECIK! My poradzimy sobie!

 

sobota, 10 lipca 2010
dandy yet manly

Dobra, mój manly trip wciąż trwa i ma się dobrze. Wystąpiły pewne komplikacje uniemożliwiające mi pakowanie z taką rozkoszną radością jakiej bym sobie życzył ale są to drobnostki i one mnie nie powstrzymają. Generalnie nie chce mi się pisać ale pomyślałem, że wrzucę jakiś krótki wstęp zanim przejde do wklejenia poniższego klipu. Przedstawiony w nim gentleman jest dandy. Dandy jak cholera. I manly. Manly jak dwie cholery. Enjoy. And go get it.

 

czwartek, 24 czerwca 2010
ice age

Rozmroziłem lodówkę. To był mój pierwszy raz. Nie, nie dlatego, że bardzo chciałem, to była operacja wymuszona. Zarząd akademika wpadł na pomysł, by przeprowadzić inspekcję kuchni, mają w planach wymienić co bardziej zdewastowane (moja niestety nie jest dość zdezelowana) na nówki. Miałem zamiar posprzątać wczoraj ale naturalnie stanęła mi na przeszkodzie masa innych, ciekawszych rzeczy do roboty. Z tego tytułu wstałem dziś o 6.00 i ruszyłem do sprzątania. Ok. 8.00 rozpocząłem proces topienia płatów lodowca, które skuły cały mini-zamrażalnik wiszący w prawym rogu wnętrza mego wiernego Siemensa. Akcja nie była prosta, o nie. Lodu było w... dużo. Lekko 20-30cm z każdej strony, od ponad pół roku nie byłem już w stanie zmieścić czegokolwiek do środka. Sytuacja przedstawiała się dość rozpaczliwie ale wpadłem na genialny pomysł. Otóż zagotowałem pełen czajnik wody i zacząłem oblewać zamrażalnik wrzątkiem. Przy okazji posługując się nabytym jakiś czas temu gwoli wbicia jednego gwoździa młotkiem oraz nożem, który posłużył za dłutko, rozmroziłem lodóweczkę w niecałą godzinę. Am I a man or am I a man?!

Swoją drogą czytając drugą biografię Claptona z mej kolekcji trafiłem na zespół zwący się 'Zespół'. Yep, nie ściemnia. The Band. Po prostu. Żadnych fikuśnych neologizmów, żadnej nadętej poezji, żadnych pompatycznych haseł. The Band. I tak jak Eric swego czasu stwierdziłem, że to jest to.

 

wtorek, 22 czerwca 2010
the greatest of all time, of all time~

Ok, przed chwilą napisałem kilkadziesiąt linijek tekstu ale blox.pl jak zwykle postanowiło possać pauke toteż teraz będzie krótko. Od jakiegoś czasu interesuję się boksem i podczas przekopywania zasobów yt natrafiłem na ten oto program z 1976, w którym Ali oraz Howard Cosell analizują najważniejsze walki wielkich mistrzów tamtych czasów. Enjoy.

Part1

 

Part2

 

Part3

 

Part4

 

Part5

 

Part6

 

Btw, ten prowadzący musi być legendą. Sposób prowadzenia, interakcji z Alim (plus sam Mistrz naturalnie też) to jest najwyższy kunszt dziennikarski.

piątek, 18 czerwca 2010
till the very end

Kibicowanie powinno być niezależne od tego jak spisuje się drużyna, którą wybraliśmy. Kibicowanie to poważna sprawa. Kibicowania to sprawdzian tego co znaczy dla nas słowo, które daliśmy sobie i drużynie, którą wspieramy. Kibicowanie to próba charakteru.

Przyzywczaiłem się już do tego, iż kibicuje drużynom, które miewają trudności. Drużynom, którym bliżej dna tabeli niż szczytu. Nie ma na mojej liście zbyt wielu ekip, które mogą poszczycić się regularnymi sukcesami, ekip, które wystepują jako faworyci. Ale nawet jeśli jedna z tych niewielu też ma słabszy okres nie mam zamiaru przestać wierzyć. Kibicowanie to wiara. Również w siebie.

Btw. Cannoball Adderley wie co robi.

poniedziałek, 14 czerwca 2010
3ci pitstop, Qui-Gon Jinn i Azincourt

Wtf? Dwa 'trzecie pitstopy', które wzbudziły moje lekki wątpliwości. O ile ten u Roberta mógł być dyktowany zużyciem opon (należy jednak zauważyć, iż jadący za nim Rosberg już wcześniej otrzymywał komunikaty, by oszczędzać opony, a jednak nie zdecydował się na kolejny zjazd do boxu) to 3cia zmiana opon u MSC wprawiła mnie w zdumienie. I nie tylko mnie. Nawet wiedzący wszystko niemieccy komentatorzy nie rozumieli o co tak naprawdę chodziło teamowi Mercedes GP gdy podejmowali tą decyzję. Miałem nadzieję, że w trakcie wyścigu ktoś rzuci na całą sytuację choć odrobinę światła lecz próżnymi okazały się me życzenia. Nie powiedziano nic.

Naturalnie nie tylko F1 świat żyje. Osobiście w kwestii Mundialu zasmuciła mnie Anglia. Ja rozumiem, że Rooney to świetny piłkarz ale tam jednak biega 11stu chłopa w białych koszulkach (no może za wyjątkiem bramkarza) i powinni dać z siebie trochę więcej. To nie spacerek po popołudniowej herbatce tylko cholerne mistrzostwa. Na szczęście w drugiej połowie tchnęli w swą grę trochę życia, liczę, iż teraz będzie już tylko lepiej.

Swoją drogą widziałem dziś w kolejce Qui-Gon Jinn'a. Troszkę starszą wersję, bo siwizna pokryła całkowicie jego długie włosy ale to był on. Miał nawet charakterystyczny kitek. Co jak co ale podróż do akademika w towarzystwie mistrza Zakonu Jedi to nie byle honor, czułem się jak VIP (pisząc te słowa przegapiłem bramkę, którą właśnie strzelili Holendrzy).

Na zakończenie o książkach. Otóż doczytałem dzieło Bernarda Cornwell'a pt. 'Azincourt' i jestem solidnie nakręcony na mediiwalne klimaty. Co więcej autor ten okazał się niezwykle płodny toteż mam do wyboru kilkanaście wręcz pozycji, które tylko czekają by je wchłonąć. Do tego wszystkiego widziałem dziś na dA zajefajniasty art o tematyce mediiwalnej, link zamieszczam poniżej.

http://today.deviantart.com/dds/#/d2aewhe  miodens, zaręczam

 

 

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Mundialeiro

Yosh. Jeden z moich przyjaciół pokazał mi dziś całkiem fajną rzecz w związku ze zbliżającymi się miszczostfami śfiata w piłce nożnej. Otóż spisał typy drużyn, które wyjdą z grup. Zabawa niby prosta ale w całkiem przyjemny sposób sprawia, iż człowiek zaczyna kibicować w każdym praktycznie meczu. Niniejszym uważam pomysł za genitalny i zachęcam resztę mego kręgu poddanych do udziału. Oto moje typy (są one dyktowane bardziej nadziejami aniżeli solidną wiedzą o obecnym stanie piłki międzynarodowej):

Group A
1. Mexico
2. Uruguay

Group B
1. Najdżiria
2. Argentyna

Group C
1. Brytolki
2. Slovenia

Group D
1. Szkopki
2. Serbia

Group E
1. Pomarańczki
2. Nippon~

Group F
1. Paraguay
2. Makaroniarze

Group G
1. Brazylia
2. Murzynki z kości słoniątek

Group H
1. Chil-out-e
2. Spaniardy

 

Na zakończenie trochę motywacji dla naszych piłkarzy, może za kilka lat się uda...

czwartek, 03 czerwca 2010
Eric Clapton & Steve Winwood TOGETHER LIVE, 02.06.2010, O2 World Berlin

Wrażenia?

Clapton is god. Paradise is overrated.

 

 

Być może pokuszę się za jakiś czas o dokładniejsze podsumowanie.

sobota, 29 maja 2010
o dupie maryni i nie tylko

Podczas gdy omiatałem znudzonym wzrokiem wnętrze mojego pokoju doszedłem do wniosku, iż zamiast spędząć całą przerwę w pisaniu opowiadań o pewnym sprzątaczu na samym li tylko wymyślaniu pomysłów i wątków, mogę napisać jakiś niewielki one-shot. Na moje szczęście wraz z ochotą przyszła idea. Dzięki temu będę mógł poświęcić najbliższe parę dni na odrobinę literackiej kreatywności. Nie jestem pewien na ile ciekawy okaże się ten pomysł ale mam całkiem dobre przeczucie, czas pokaże czy słusznie.

Z innej beczki. Trwa French Open i większą furorę aniżeli prezentacja rakietowego skilla na kortach ziemnych Paryża robi bielizna, a raczej jej częściowy brak-niebrak u jednej z sióstro Williams. Muszę przyznać, iż owa niewiasta jest zaiste pomysłowa. Zamiast narazić się na krytykę występując bez bielizny, zastosowała przemyślny fortel. Otóż gdyby nie założyła niczego pod spódniczką, doszłoby do niewątpliwego skandalu. Panna Williams jednakże wystrychnęła wszystkich na dudka znajdując sposób na zaprezentowanie swej rufy całemu tenisowemu światu. Założyła przezroczyste (!), obcisłe szorty (nie wiem do końca jak zwać tę część garderoby) oraz czarne stringi. Genialne prawda? Co jak co ale dupsko musi być. I jest. Prezentuje się w całej okazałości, a Łiliamsówna pęcznieje z dumy. Rodzice pewnie też. W końcu przychodzą na każdy mecz.

Skoro już o sporcie mowa to chciałem tylko krótko przypomnieć, iż znów spędzam weekend z F1. Robertas Kubicas 7dmy w kwalifikacjach ale chyba jako jeden z niewielu nie fruwał po torze. Kto wie, być może jutro ukończy wyścig w pojedynkę. Czy dostanie wtedy punkty za wszystkie miejsca?

środa, 26 maja 2010
enter slap

Whoah jaki szau. Srsly, zacząłem grać na stojąco. Do tej pory zawsze grzałem tyłek na krzesełku kiedy brałem bas do rąk ale wczoraj coś mnie tchnęło i wzniosłem się na wyżyny. Efekt był niesamowity. Pamiętam próby grania na stojąco zaraz na początku, tuż po zakupie elektryka i generalnie... straszne dzieje. Nie mam pojęcia skąd taka zmiana acz kto wie, może dlatego, iż ostatnio ogólnie więcej gram. Co więcej highlight'em była chwila gdy spróbowałem slappować. Once again, nie mam pojęcia co się stało ale w porównaniu do dawnych prób szło niewyobrażalnie dobrze. Może to był jeden z TYCH dni?

 
1 , 2 , 3 , 4